Strony

To już jest koniec, nie ma już nic, jesteśmy wolni, możemy iść

Zaradna właśnie zakończyła dwutygodniowy maraton w pracy. Codziennie od 8 do 21-22. W niedzielę też. 
Masakra jakaś. Jest niedospana, niedokarmiona. Oczy ma wyschnięte od komputera, słońce widziała tylko o świcie. Ze stresu i przemęczenia włosy wychodzą jej garściami, jak po ciąży. Dziś przeżyła kryzys i rozryczała się w pracy, bo i tak są komentarze, że w budżetówce pierdzi się w stołek i popija kawę na plotach. Z jednej strony jest odwalony kawał roboty, z drugiej... czy było warto? Jeden podziękuje, drugi opierdzieli a trzeci co najmniej wie, ten ma najwięcej do powiedzenia. Życie. Od poniedziałku "choćby skały srały" punktualnie o piętnastej Zaradna zamyka za sobą drzwi. Koniec maratonu. Meta. Na koniec nowy hymn w biurze Zaradnej ;-)

P.S. Podobno zaczęły się wakacje?

3 komentarze:

  1. masakra. Płacili chociaż za nadgodziny?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. w budżetówce... to na zasadzie bądź wdzięczny i zapie....

      Usuń
  2. Ja ostatnio pracowałam 9-19 albo 10-20... Więc łączę się w bólu, chociaż zastanawia mnie jak to przeżyłaś... Ja bym po tylu godzinach (i dniach) padła na twarz :P

    OdpowiedzUsuń